Kto nie kroi ciasta, ten nie natrafi na słodkie bakalie

Często jestem pytany o to, czy wydawanie przez państwo niebagatelnych przecież kwot na wsparcie prac badawczo-rozwojowych przełoży się na wzrost innowacyjności polskiej gospodarki. Odpowiedź jest bardzo prosta, niektórzy mogą ją wręcz uznać za obcesową: tak.

Gwarancją jest wybieranie projektów otrzymujących dofinansowanie w sposób konkursowy z jak największej puli bardzo dobrych i dobrych wniosków. A zatem, udzielanie wsparcia najlepszym zamierzeniom, realizowanym przez najlepiej przygotowane zespoły.


Pięć dni temu wróciłem z Doliny Krzemowej, gdzie Narodowe Centrum Badań i Rozwoju w ramach Polsko-Amerykańskiego Tygodnia Innowacji organizowało spotkania w jednych z najlepszych centrów innowacji na świecie – na Uniwersytecie Stanforda oraz Uniwersytecie Kalifornijskim, Berkeley. Wśród licznych, bardzo ciekawych prezentacji i dyskusji z amerykańskimi naukowcami i przedsiębiorcami znalazły się także te poświęcone modelom finansowania i komercjalizacji B+R. Amerykanie mają w tej dziedzinie ogromne osiągnięcia i warto korzystać z ich doświadczeń, nie kopiując ich wprost, a umiejętnie adaptując do specyfiki naszego rynku. Ważnym dla nas elementem tych doświadczeń zebranych w Dolinie Krzemowej, będącej mekką innowatorów, jest mądre korzystanie ze środków publicznych. Także Izrael, jeden z globalnych liderów innowacji, swój sukces zawdzięcza wyraźnemu zaangażowaniu państwa, które stawiając na fundusze venture capital uruchomiło program „Yozma”.

Zaangażowanie państwa w rozwój innowacyjności jest zatem celowe, a być może niezbędne, czego przykładem są sukcesy USA, Izraela czy Korei Południowej. Zaangażowanie państwa jest ważne, ale samo w sobie niedostateczne. Innowacyjności nie można zadekretować, ale odpowiednie przepisy prawa oraz mądrze dystrybuowane środki finansowe przeznaczone na wzmocnienie współpracy nauki i biznesu tworzą warunki dla jej rozkwitu. Jestem przekonany, że tego właśnie doświadczamy w Polsce i wiele znaków wskazuje na to, że jesteśmy na szybkiej ścieżce rozwoju opartego na innowacjach.

W ostatnich latach znaleźliśmy się w czołówce państw UE jeśli chodzi o dynamikę wzrostu nakładów na działalność B+R ze środków publicznych. Już obecnie obserwujemy, że pieniądze publiczne stymulują większe zaangażowanie sektora prywatnego. W 2013 roku, kolejny raz z rzędu, wydatki przedsiębiorców wzrosły o prawie 18%. Równolegle wprowadzane zostały nowe rozwiązania prawne sprzyjające podnoszeniu poziomu innowacyjności Polski. Do tego zaliczam przede wszystkim przekazanie pracownikom naukowym uczelni praw majątkowych do ich wynalazków i wyłączenie prac badawczo-rozwojowych spod rygoru ustawy prawo zamówień publicznych. Mam nadzieję, że istotną rolę odegrają także nowe formuły finansowania badań naukowych wprowadzone przez NCBR we współpracy z funduszami VC.

Na efekty tych działań będziemy musieli jednak jeszcze trochę poczekać. Dla opinii publicznej jest to chyba najtrudniejsza rzecz do zaakceptowania. Jako naród, tak bardzo łaknący szybkich sukcesów, tak potrzebnych po siermiężnych latach 1945-1989, chcielibyśmy celebrować efekty nakładów na innowacje już rok po ich poniesieniu. Niestety, specyfiką projektów B+R jest to, że mają własny cykl realizacji, niezależny od naszej woli. Osiągnięcie sukcesów technologicznych wymaga cierpliwości w perspektywie 5 czy nawet 10 lat. Nie jest to łatwe i wymaga sporej determinacji. Jeśli jej nam nie zabraknie, za 10 lat polska gospodarka będzie konkurowała z gospodarkami całego świata.
I choć czasem patrzę z zazdrością na szefów funduszy inwestycyjnych, którzy mogą szybko podejmować decyzje w oderwaniu od procedur, które krępują publiczne instytucje, to mam wrażenie, że niektórzy nastawiają się jedynie na łatwe wybieranie rodzynków z ciasta. Rodzynki słodko smakują, ale kto nie pokroi ciasta, ten nie natrafi na najlepsze słodkie bakalie.
Trwa ładowanie komentarzy...